-plan pielegnacji
-organizacja nauki
-sprawy studiów
-lekarze
Muszę zacząć żyć sama, niezależnie od kogokolwiek. Przestać się przejmować rzeczami, na które nie mam wpływu, a przede wszystkim być szczęśliwa sama ze sobą, oto przepis na sukces. Skończyć z zazdrością i niepewnością.. skończyć ze złym postrzeganiem siebie. Piszę tak dlatego, że odkąd jestem z M. przeżywam straszną wojnę w głowie. Nie wiem czy go kocham, pewnie to znaczy, że nie, ale jednak nie chcę być bez niego. Mimo, że moje życie wcale nie wywróciło się pozytywnie do góry nogami przez niego. Nie tego oczekiwałam, miało być inaczej, ale ten związek powstał (w mojej głowie) na siłę, z desperacji, z niechęci do dalszych poszukiwań, z obawy, że to może być ostatnia osoba, która będzie chcciała mnie pokochać. Poddałam się bo byłam tak pusta, że już nie wierzyłam sama w siebie i swoje szczęście. Myślałam, że związek to lek na całe zło i będzie pięknie..że stworzę sobie swoje wymarzone życie jak z obrazka. Tymczasem, po 4 miesiącach mam jeszcze większy mętlik w głowie i zamiast czuć się uszczęśliwiona na maxa, czuję przybicie i wielkiego doła. Nie potrafię się tym cieszyć, w ogóle czyjaś miłość nie sprawia mi radości, chyba dlatego, że go nie kocham tak mocno, szczerze, na zabój. Tak bardzo chciałam czuć coś takiego. Czuję tylko zazdrość i nienawiść, brak zrozumienia, brak zespojenia i więzi, bliskości, czułości mi brak. Jesteśmy zupełnie inni, nie jesteśmy dla siebie stworzeni, tak czuję, a mimo wszystko jestem z nim, łudząc się, że coś w moim sercu się zmieni.
Codziennie przeżywam rozterkę - czy mam dalej z nim być, oszukiwać siebie i być szczerze nieszczęśliwa, czy może rozstać się, prawdopodobnie złamać mu serce i zawieźć wszystkich dokoła, zniszczyć resztkę tego co mam. Nie wiem czy potrafiłabym teraz przejść przez rozstanie, nawet jeśli nie jestem z nim mocno związana. To jest zwykłe przyzwyczajenie do bycia dla kogoś, ale to nie miłość. Nie wiem jak mogłam się w to wpakować. Mam problem z asertywnością i rozpoznaniem czego pragnę.
Mam ogromne pretensje sama do siebie, bo tylko do siebie mogę mieć.. o to, że tamtego dnia kiedy pytał czy chcę z nim być w związku nie zaprotestowałam, że na razie nie, że trzeba zaczekać na miłość, która sama pokaże nam, że musimy być razem..wszystko nie tak..najpierw spotkania jakby zwyczajnie koleżeńskie, a jednocześnie ciągłe pisanie wiadomości, telefony, nagle pocałunek, i dalej nic.. bez wyznań..pytanie o związek, a dopiero po miesiącu słyszę, że mnie kocha? I tak ciężko przeszło mi przez gardło "ja ciebie też"... po prostu nie umiem kłamać, a wiele razy to planowałam. Nic z tego. Zastanawia mnie to co on widzi będąc ze mną? Czy zauważa, że coś jest nie tak? Czy podejrzewa, że nie jestem wcale w nim zakochana, że nie wyglądamy jak ludzie, którzy za sobą szaleją? Czy widzi, że ciągle chodzę przygnębiona, nie uśmiecham się jak na początku, ciągle robię mu jakieś wyrzuty? Czekam od tych 4 miesięcy na jakieś wątpliwości z jego strony, pytanie o moje uczucia, zaniepokojenie... ale on mało przejmuje się moimi emocjami, w ogóle mną mało się interesuje i zapomina szybko o moich problemach jeśli już o nich mówię.
Prawda jest taka, że zbyt wiele w tym związku jest nie tak jak powinno i bardzo mnie to boli, ale zostanę z nim, dopóki on zostanie ze mną. Wszystkiemu winny jest W. i taka jest prawda.. i przez to, że nigdy nie będę z nim, muszę ratować się związkiem z kimś kto nie jest dla mnie i kogo nie kocham. Bardzo chcę napisać za pół roku/rok, że myliłam się i mogłabym umrzeć z miłości do niego. Bardzo tego pragnę, czuć to w sercu, że znalazłam swoje szczęście.
A dziś postanowiłam, że skończę z wyrzutami, niezadowoleniem,brakiem pomysłów i nieokazywaniem uczuć (których nie ma) i stanę się lepszą wersją swojej fałszywej twarzy zakochanej dziewczyny. Będę bardziej radosna, spełniona, zainteresowana, pozytywna, pewna siebie (nie będę się wkurzać na jego wiadomości od K. które ostatnio działają mi na nerwy)..w końcu nie kocham go więc nie mam prawa być zazdrosna i każdy wie, że jestem najlepsza na świecie, a już z pewnością w ciągu roku zamierzam się stać najlepszą wersją samej siebie i jeśli tylko cokolwiek mogłoby mi zagrozić to jest to bomba atomowa i tylko głupek by mnie zostawił, mogę być pewna siebie, kobieca, sexy, inteligentna i zaradna. Może jakoś rozkwitnę aż spotkam moją prawdziwą miłość ponownie i coś mimo wszystko zaiskrzy. W każdym razie od teraz żyję dla siebie, myślę o sobie, robię to co ja chcę, niezależnie czy mój chłopak chce tego czy nie, musi się dostosować, dorosnąć, być mężczyzną i moim oparciem. Bo inaczej nigdy nie będę go kochać, potrzebuję mocniejszego związku.
Dlatego od teraz:
-dbam o siebie codziennie
-ograniczam moje nerwice natręctw
-oddycham głęboko
-nie myślę negatywnie i nie myślę o głupotach
-ubieram się elegancko
-jestem lubiana i szanowana
-mam pasję
-studiuję i udaje mi się wszystko!!!
Koniec kropka. Fake it till you make it :)
-organizacja nauki
-sprawy studiów
-lekarze
Muszę zacząć żyć sama, niezależnie od kogokolwiek. Przestać się przejmować rzeczami, na które nie mam wpływu, a przede wszystkim być szczęśliwa sama ze sobą, oto przepis na sukces. Skończyć z zazdrością i niepewnością.. skończyć ze złym postrzeganiem siebie. Piszę tak dlatego, że odkąd jestem z M. przeżywam straszną wojnę w głowie. Nie wiem czy go kocham, pewnie to znaczy, że nie, ale jednak nie chcę być bez niego. Mimo, że moje życie wcale nie wywróciło się pozytywnie do góry nogami przez niego. Nie tego oczekiwałam, miało być inaczej, ale ten związek powstał (w mojej głowie) na siłę, z desperacji, z niechęci do dalszych poszukiwań, z obawy, że to może być ostatnia osoba, która będzie chcciała mnie pokochać. Poddałam się bo byłam tak pusta, że już nie wierzyłam sama w siebie i swoje szczęście. Myślałam, że związek to lek na całe zło i będzie pięknie..że stworzę sobie swoje wymarzone życie jak z obrazka. Tymczasem, po 4 miesiącach mam jeszcze większy mętlik w głowie i zamiast czuć się uszczęśliwiona na maxa, czuję przybicie i wielkiego doła. Nie potrafię się tym cieszyć, w ogóle czyjaś miłość nie sprawia mi radości, chyba dlatego, że go nie kocham tak mocno, szczerze, na zabój. Tak bardzo chciałam czuć coś takiego. Czuję tylko zazdrość i nienawiść, brak zrozumienia, brak zespojenia i więzi, bliskości, czułości mi brak. Jesteśmy zupełnie inni, nie jesteśmy dla siebie stworzeni, tak czuję, a mimo wszystko jestem z nim, łudząc się, że coś w moim sercu się zmieni.
Codziennie przeżywam rozterkę - czy mam dalej z nim być, oszukiwać siebie i być szczerze nieszczęśliwa, czy może rozstać się, prawdopodobnie złamać mu serce i zawieźć wszystkich dokoła, zniszczyć resztkę tego co mam. Nie wiem czy potrafiłabym teraz przejść przez rozstanie, nawet jeśli nie jestem z nim mocno związana. To jest zwykłe przyzwyczajenie do bycia dla kogoś, ale to nie miłość. Nie wiem jak mogłam się w to wpakować. Mam problem z asertywnością i rozpoznaniem czego pragnę.
Mam ogromne pretensje sama do siebie, bo tylko do siebie mogę mieć.. o to, że tamtego dnia kiedy pytał czy chcę z nim być w związku nie zaprotestowałam, że na razie nie, że trzeba zaczekać na miłość, która sama pokaże nam, że musimy być razem..wszystko nie tak..najpierw spotkania jakby zwyczajnie koleżeńskie, a jednocześnie ciągłe pisanie wiadomości, telefony, nagle pocałunek, i dalej nic.. bez wyznań..pytanie o związek, a dopiero po miesiącu słyszę, że mnie kocha? I tak ciężko przeszło mi przez gardło "ja ciebie też"... po prostu nie umiem kłamać, a wiele razy to planowałam. Nic z tego. Zastanawia mnie to co on widzi będąc ze mną? Czy zauważa, że coś jest nie tak? Czy podejrzewa, że nie jestem wcale w nim zakochana, że nie wyglądamy jak ludzie, którzy za sobą szaleją? Czy widzi, że ciągle chodzę przygnębiona, nie uśmiecham się jak na początku, ciągle robię mu jakieś wyrzuty? Czekam od tych 4 miesięcy na jakieś wątpliwości z jego strony, pytanie o moje uczucia, zaniepokojenie... ale on mało przejmuje się moimi emocjami, w ogóle mną mało się interesuje i zapomina szybko o moich problemach jeśli już o nich mówię.
Prawda jest taka, że zbyt wiele w tym związku jest nie tak jak powinno i bardzo mnie to boli, ale zostanę z nim, dopóki on zostanie ze mną. Wszystkiemu winny jest W. i taka jest prawda.. i przez to, że nigdy nie będę z nim, muszę ratować się związkiem z kimś kto nie jest dla mnie i kogo nie kocham. Bardzo chcę napisać za pół roku/rok, że myliłam się i mogłabym umrzeć z miłości do niego. Bardzo tego pragnę, czuć to w sercu, że znalazłam swoje szczęście.
A dziś postanowiłam, że skończę z wyrzutami, niezadowoleniem,brakiem pomysłów i nieokazywaniem uczuć (których nie ma) i stanę się lepszą wersją swojej fałszywej twarzy zakochanej dziewczyny. Będę bardziej radosna, spełniona, zainteresowana, pozytywna, pewna siebie (nie będę się wkurzać na jego wiadomości od K. które ostatnio działają mi na nerwy)..w końcu nie kocham go więc nie mam prawa być zazdrosna i każdy wie, że jestem najlepsza na świecie, a już z pewnością w ciągu roku zamierzam się stać najlepszą wersją samej siebie i jeśli tylko cokolwiek mogłoby mi zagrozić to jest to bomba atomowa i tylko głupek by mnie zostawił, mogę być pewna siebie, kobieca, sexy, inteligentna i zaradna. Może jakoś rozkwitnę aż spotkam moją prawdziwą miłość ponownie i coś mimo wszystko zaiskrzy. W każdym razie od teraz żyję dla siebie, myślę o sobie, robię to co ja chcę, niezależnie czy mój chłopak chce tego czy nie, musi się dostosować, dorosnąć, być mężczyzną i moim oparciem. Bo inaczej nigdy nie będę go kochać, potrzebuję mocniejszego związku.
Dlatego od teraz:
-dbam o siebie codziennie
-ograniczam moje nerwice natręctw
-oddycham głęboko
-nie myślę negatywnie i nie myślę o głupotach
-ubieram się elegancko
-jestem lubiana i szanowana
-mam pasję
-studiuję i udaje mi się wszystko!!!
Koniec kropka. Fake it till you make it :)
Komentarze
Prześlij komentarz