Był sobie romantyczny, walentynkowy wieczór (nie żebyśmy planowali, ale M miał szał walentynkowy i obdarzył mnie kartą z serduchem i zestawem bielizny Intimissimi), masaż... M ostatnio często masował mi szyję i tym razem stwierdził, że mam guza na szyi. Mam go faktycznie, sama też wyczuwam, ale nie boli. Nic się nie dzieje. Na razie nie mam czasu na poważne rozkminy na ten temat.
Jednak pomyślałam sobie nieśmiało - a może to rak?! I tutaj mogę zagwarantować wszystkim zaskoczenie: jak cudownie, że mam raka! Jakie to byłoby piękne. Przyznam, że odkąd pracuję na uczelni (czyli już rok) myślałam sobie często tak: "ile ja bym dała za ciężką, śmiertelną chorobę. mam dosyć życia, chcę leżeć w łóżku i nie musieć chodzić do pracy, a mam tylko depresję"
Szczerze, takie miałam myśli od długiego czasu. Ekhm...no przyznam, że miałam równie dużo, lub właściwie więcej myśli na temat wymarzonej wygranej w LOTTO, która w o wiele przyjemniejszy sposób umożliwiłaby odejście z pracy i święty spokój. Los jednak nie wysłucha nigdy marzeń i pragnień związanych z bogactwem (edit: u mnie jest to pragnienie świętego spokoju, który dadzą mi pieniądze i bezpieczeństwo finansowe, wcale nie pragnę pławić się w luksusie, a jedynie żyć normalnie bez stresu o tak głupią rzecz jak finanse!)
Marzyłam zatem zarówno o jakiejś pladze egipskiej, jak i o milionach na koncie. Wersja bardziej prawdopodobna to nowotwór. I przyjęłabym to ze spokojem i ulgą. Ześwirowałam już trochę na tym punkcie. Zaczęłam drążyć temat w głowie, co bym zrobiła,jak powiedziałabym rodzinie, czy powiedziałabym o tym znajomym na facebooku? Jak długo miałabym zostać w pracy? Czy miałabym się leczyć, czy odpuścić i czekać aż choroba mnie wykończy? Czy miałabym leżeć w szpitalu, a może mogłabym siedzieć w domu i czytać książki?
Oczywiście, zdaję sobie sprawę, że nowotwór to nie grypa i nie ma się ochoty i siły na cokolwiek. Ale na początku na pewno jest się przytomnym i zdolnym do leżenia w łóżku, oglądania filmów i czytania książek. Generalnie ma się święte prawo do ciszy i spokoju, wszyscy wtedy stają na palcach żeby ci dogodzić.
Dlaczego chciałabym czegoś czego nikt na świecie nie chce? Bo nie widzę sensu życia, boję się bardziej o swoją przyszłość i o to, że sobie nie poradzę. Nie umiem żyć, funkcjonować z ludźmi. Czuję się niechciana i nielubiana. Widzę, że nikogo nie obchodzę, nikt nie słucha, nikt nie widzi, że mam depresję. Ludzie się okropni! Wredni, dwulicowi, fałszywi... po co żyć na takim świecie? Jeden M nie może mi wynagrodzić zła całego świata. Szkoda mi go, przy mnie zejdzie na pesymistyczną stronę życia i nie będzie szczęśliwy.
Dlatego wolałabym szybką, nowotworową śmierć. Przy okazji mogłabym wygarnąć wszystkim co o nich myślę i jak bardzo ich nienawidzę.
Jednak pomyślałam sobie nieśmiało - a może to rak?! I tutaj mogę zagwarantować wszystkim zaskoczenie: jak cudownie, że mam raka! Jakie to byłoby piękne. Przyznam, że odkąd pracuję na uczelni (czyli już rok) myślałam sobie często tak: "ile ja bym dała za ciężką, śmiertelną chorobę. mam dosyć życia, chcę leżeć w łóżku i nie musieć chodzić do pracy, a mam tylko depresję"
Szczerze, takie miałam myśli od długiego czasu. Ekhm...no przyznam, że miałam równie dużo, lub właściwie więcej myśli na temat wymarzonej wygranej w LOTTO, która w o wiele przyjemniejszy sposób umożliwiłaby odejście z pracy i święty spokój. Los jednak nie wysłucha nigdy marzeń i pragnień związanych z bogactwem (edit: u mnie jest to pragnienie świętego spokoju, który dadzą mi pieniądze i bezpieczeństwo finansowe, wcale nie pragnę pławić się w luksusie, a jedynie żyć normalnie bez stresu o tak głupią rzecz jak finanse!)
Marzyłam zatem zarówno o jakiejś pladze egipskiej, jak i o milionach na koncie. Wersja bardziej prawdopodobna to nowotwór. I przyjęłabym to ze spokojem i ulgą. Ześwirowałam już trochę na tym punkcie. Zaczęłam drążyć temat w głowie, co bym zrobiła,jak powiedziałabym rodzinie, czy powiedziałabym o tym znajomym na facebooku? Jak długo miałabym zostać w pracy? Czy miałabym się leczyć, czy odpuścić i czekać aż choroba mnie wykończy? Czy miałabym leżeć w szpitalu, a może mogłabym siedzieć w domu i czytać książki?
Oczywiście, zdaję sobie sprawę, że nowotwór to nie grypa i nie ma się ochoty i siły na cokolwiek. Ale na początku na pewno jest się przytomnym i zdolnym do leżenia w łóżku, oglądania filmów i czytania książek. Generalnie ma się święte prawo do ciszy i spokoju, wszyscy wtedy stają na palcach żeby ci dogodzić.
Dlaczego chciałabym czegoś czego nikt na świecie nie chce? Bo nie widzę sensu życia, boję się bardziej o swoją przyszłość i o to, że sobie nie poradzę. Nie umiem żyć, funkcjonować z ludźmi. Czuję się niechciana i nielubiana. Widzę, że nikogo nie obchodzę, nikt nie słucha, nikt nie widzi, że mam depresję. Ludzie się okropni! Wredni, dwulicowi, fałszywi... po co żyć na takim świecie? Jeden M nie może mi wynagrodzić zła całego świata. Szkoda mi go, przy mnie zejdzie na pesymistyczną stronę życia i nie będzie szczęśliwy.
Dlatego wolałabym szybką, nowotworową śmierć. Przy okazji mogłabym wygarnąć wszystkim co o nich myślę i jak bardzo ich nienawidzę.
Komentarze
Prześlij komentarz