Minęło sporo czasu od ostatniego posta (z początku listopada 2017) i co nieco się zmieniło. Pisałam ostatnio o tym, że przede mną obrona, że powinnam małymi krokami dążyć do celów.
Pozytywna wiadomość - udało mi się obronić! Stresuje najadłam się jak cholera (aczkolwiek nie tyle co w pracy). Egzamin był strasznym wydarzeniem, po którym mam traumę. Może do następnej obrony wydobrzeję.
Obroniliśmy się oboje z M! Udało się nareszcie zakończyć ten etap w życiu i zakończyć rok pozytywnie. Były święta, udało mi się kupić M luksusowy prezent (iphone), nareszcie pozbyłam się wyrzutów sumienia, że to on daje mi drogie prezenty, a ja jemu nic.
Po świętach spędziliśmy weekend poza miastem, trochę się odcieliśmy, ale nie było tak romantycznie jak miałam nadzieję, że będzie.
Był Sylwester (lekko nieudany).
I nastał nowy rok. Wraz z nim pojawił się stres i seria mniej pozytywnych wydarzeń. Nie czuję żadnego pozytywnego kopa na nowy rok.. nie podeszłam na poważnie do organizacji, wyznaczania celów i realizacji zadań. Obijam się już 2 miesiące. Z potrzeby wyrzucenia z siebie wielu emocji (głównie negatywnych, nie ma co owijać w bawełnę) postanowiłam wrócić do zapisków. Dla własnego zdrowia psychicznego i spokoju ducha. Dla własnej terapii.
Zdałam sobie sprawę, że tylko ja sama mogłabym sobie pomóc. Nikt inny się mną nie zainteresuje, nikt nie zauważy, że jest ze mną źle i potrzebuję pomocy. Jest to smutne i dobijające spostrzeżenie, ale taka jest prawda. Tutaj trzeba być realistką, trzeba postawić kawę na ławę.
Tak sobie myślę - bardzo pragnę spokoju, ciszy, prawdziwego odpoczynku i odcięcia się od całego świata (w szczególności od ekranu i internetu, o ironio!). Zaczynam cierpieć z braku spokoju, uczucia bezpieczeństwa, ciągłego poddenerwowania, paniki, lęków. Nie jest to jakiś dramatycznie zaawansowany stan, ale można zastanawiać się - a co będzie za rok, dwa? Jak mamy zorganizować sobie wspólne życie z M, jeśli ja już teraz sobie nie radzę.
Nie radziłam sobie już zanim się poznaliśmy. W gruncie rzeczy taki stan trwa już 7 lat! 7 to prawie jak 10. 10 lat to jakaś 1/7 potencjalnej długości mojego życia (a jestem już koło 30-tki!) zostało mi 4/7 życia (albo mniej) i bezczelnie zmarnowałam 7 lat.
Trzeba przyznać, że ja to potrafię spieprzyć.
Czyli aktualnie mamy 2018 rok, jakaś ładna ta data, sugerowałaby, że może coś pięknego się wydarzyć..coś mogłoby się zacząć na nowo, lepiej. Moglibyśmy się wzbogacić!
Powoli dochodzę do decyzji o ustanowieniu swojej ścieżki zawodowej i kariery, myślę od dłuższego czasu o inwestowaniu w nieruchomości. Jest to jedyny biznes jakim mogłabym się zajmować (patrząc z dzisiejszej perspektywy). Oczywiście (haha..) nie mam kapitału, dlatego nie robię nic w tym kierunku.
Komentarze
Prześlij komentarz