Wiecie co, wkurza mnie jak dziś do naszego młodszego pokolenia odnoszą się przedstawiciele starszej generacji. Ostatnio w pracy usłyszałam takie stwierdzenie "Młodzież teraz jest taka zapracowana, zabiegana, nie zaprzyjaźnia się, nie umie wyluzować, nie ufa sobie, ja tego nie rozumiem, za naszych czasów było zupełnie inaczej. Za czym oni tak gnają?" To powiedziała kobieta lat 60. A co mi się nie spodobało w tej wypowiedzi?
To, że jest niesprawiedliwa i pomija faktyczną winę i współodpowiedzialność starszego pokolenia. Dziś tak sobie myślałam o tym wracając z pracy, i doszłam do wniosku, że przecież to oni nas tak pięknie załatwili. Starsze pokolenie naszych dziadków pamiętające komunizm i młodsi od nich nasi rodzice, też żyjący w młodości w komunizmie są po części winni tego jak my dziś musimy harować. Nie chciałabym obrzucać oskarżeniami jedną stronę, to jest złożona historia i na dzisiejszy stan rzeczy składa się wiele czynników zależnych i niezależnych od człowieka, od poszczególnych jednostek tego społeczeństwa. Aleeee, sądzę, że należałoby zachować trochę pokory i poszukać przyczyny.
Jakie jest nasze pokolenie? Mam na myśli pokolenie Z, to najświeższe, najmłodsze, ale już nieco dojrzałe. Już jesteśmy wykształceni, coś tam przeżyliśmy i coś wiemy o świecie, pracujemy, zakładamy rodziny. Musimy pracować i uczyć się non stop, inaczej nie damy rady zarobić na chleb. Wszystko mamy na kredyt. Jesteśmy wiecznie zestresowani czy nas nie wyleją z pracy, czy damy radę na uczelni, czy zaimponujemy komuś swoimi doświadczeniami. Chcemy zwiedzać świat, jeśli w ogóle mamy za co. Mało interesujemy się polityką, lub robimy to tylko pozornie słuchając mediów mainstreamowych, brakuje nam własnego zdania i idei. Nie rozwijamy naszej kultury, nie lubimy pielęgnować tradycji. Żyjemy od wypłaty do wypłaty. Tak mniej więcej, moim okiem to widzę. Każdą dziedziną naszego życia rządzą korporacje, pracujemy dla nich, dajemy się ogłupiać reklamom, wydajemy na nie swoje ciężko zarobione pieniądze, chodzimy do prywatnych lekarzy bo publiczna służba zdrowia do niczego się nie nadaje. Korporacje są z nami od rana do nocy. Kreują nasz świat. O ile w Ameryce jest to poniekąd do przyjęcia, bo to tam korporacje się narodziły, o tyle w Polsce jest to dla mnie żenujące. I tutaj właśnie zaczyna się odpowiedzialność starszych pokoleń.
Moja ocena jest taka, że Solidarność to nie było wszystko. Nie wystarczyło tylko zniszczyć komunizm, skakać przez bramę i wozić się po świecie głosząc pokój. Zapomnieliście, że dalej trzeba pracować i bronić swojego narodu, nie wyprzedawać zachodnim koncernom, nie oddawać wszystkiego co polskie, nie dawać się podejrzanym biznesmenom z zachodu. Ale wy się daliście...i oni zaczęli nami rządzić. Mamy drożyznę i niewolnictwo, w tej naszej liberalnej unii. My, młodzi nie możemy żyć swobodnie, nie możemy się nie spieszyć, bo inaczej zginiemy. Taki zastaliśmy system, a zmiana jest długim i żmudnym procesem, i woli do zmiany jest zbyt mało. I jeszcze słyszymy wiecznie to narzekanie starszych i nie otrzymujemy wsparcia i zrozumienia. Bo przecież jesteśmy gówniarzami, którzy nie doceniają ile dla nas zrobił Bolek. Nie chcemy zgody na aborcję - jesteśmy "głupi i nieodpowiedzialni", tak o nas mówią.
Jest mi okropnie przykro, bo nie ma jedności w tym narodzie. Nie ma porozumienia między pokoleniami, zaczyna rosnąć poziom nienawiści. Są tylko grupy interesu i wzajemnej adoracji, ale brakuje ogólnego szacunku, takiego "na ulicy". Dlaczego mam mówić grzecznie i uprzejmie "dzień dobry" do starszej sąsiadki, która zawsze patrzy się na mnie krzywo (chyba dlatego, że palę papierosy i mój pies czasem szczeka na przechodniów). Czy mamy być mili tylko dlatego, że ktoś jest od nas starszy? Czy wiek nie wymaga, aby wykazać się odrobiną kultury i ogłady. Ja rozumiem, przeżyliście swoje, ciężkie czasy komunizmu, dla wielu były to bardzo ciężkie lata. Jednak pamiętajmy, że nasze pokolenie nie jest temu winne i nie możecie się na nas wyżywać za swoje przykre wspomnienia i brak luksusu w młodości.
Jako dziecko bardzo intensywnie obserwowałam starszych ludzi, ogólnie tych "dużych", w różnym wieku. Chciałam być dla nich miła i uprzejma, przytrzymywać drzwi i zwalniać miejsce w tramwaju kiedy widziałam kobietę w ciąży lub staruszkę. Wydawało mi się, że bycie dorosłym oznacza bycie wspaniałym, najmądrzejszym, inteligentnym. Myślałam, że wszystkich starszych trzeba podziwiać "bo swoje przeżyli i wiedzą najlepiej". A później, im bardziej byłam świadoma świata i ludzkich zachowań, zaczęłam szybko dostrzegać, że zupełnie się myliłam. Starsze sąsiadki okazały się wścibskimi plotkarami, pijaczkami, chamkami. Nauczycielki w szkole miały kompleksy i nienawidziły mnie tylko dlatego, że byłam wysoka, szczupła i ładna, pomijając moje dobre wyniki w nauce, zwracały się do mnie opryskliwie żeby się wyżyć. Starsi współpracownicy od początku znajomości zakładali, że młode to głupie i ciągle trzeba po nich poprawiać, nie ma o czym rozmawiać, nie ma nic ciekawego do zaoferowania. Nie chcieli słuchać i poznawać drugiej strony. Dziadkowie, wujkowie, tatusiowie okazali się zwykłymi gburami, którym brakuje męskości i ciekawych wrażeń. Profesorowie z uczelni, mądrzy tylko w auli wykładowej, potem tylko zgrywanie się i okazywanie swojego chamstwa. Wszędzie spotykałam rozczarowania.
Naturalnie nie mam tu na myśli wszystkich ludzi na świecie, ale sporą grupę, większość ludzi, z którymi miałam do czynienia. I naprawdę starałam się być obiektywna w swoich ocenach, ale i tak to nie pomogło. I nie rozumiem dlaczego ludzie tacy są...Dlaczego łatwiej jest wymienić tych niewielu dobrych?
XX
Komentarze
Prześlij komentarz