Nie to żeby jakoś strasznie chciało mi się żyć, ale jakoś trzeba sobie radzić.
Ostatnimi czasy bardzo chodzi mi po głowie pan W. Wracają różne wspomnienia i żal. Myślę o tym co mogłoby być, słyszę jego głos, czuję dotyk i wręcz wracają mi motyle w brzuchu. To nienormalne.
Po dłuższym namyśle doszłam do wniosku, że to przez brak partnera do poważnych, dojrzałych rozmów. Zawsze tylko on był tym idealnym rozmówcą dla mnie. Mam wrażenie, że on jedyny mnie rozumiał i nadawał na tych samych falach. A jednak nie wyszło. Z pewnością dlatego, że za bardzo lubiłam mu się wyżalać i traktowałam jak koło ratunkowe, a nie jak mężczyznę -potencjalnego życiowego partnera. Zero tajemniczości we mnie było, same negatywne fluidy. Nie dziwota, że się zniechęcił.
Lgnęłam do niego jak dziecko, nie jak dojrzała dziewczyna. Nie byłam dla niego atrakcyjną kandydatką. Ale zawsze mogłam zostać przyjaciółką. Tak się nie stało, bardzo zaniedbałam nasze kontakty. Zawsze mam wyrzuty sumienia i roztrząsam na nowo w myślach - czy to lepiej, że się do siebie nie odzywamy, czy może lepiej byłoby się przyjaźnić? Nadal nie wiem. Nigdy już się nie dowiem. Pewnie już nigdy go nie usłyszę.
Wydaje mi się, że ciągle gdzieś w pobliżu mnie jest, a jednak się mijamy. Nawet nie wiem gdzie mieszka, gdzie pracuje, jakim samochodem jeździ. A i tak wypatruję go na ulicy.
Nawet śnił mi się, ten W, jakiś tydzień temu.
Bardzo chciałabym żeby powiedział mi coś mądrego. Żebym mogła się wygadać "na swoim poziomie".
M jednak nie jest wystarczająco dojrzały na pewne tematy.
Ostatnio więcej milczy niż mówi. Nie rozmawia nam się tak dobrze jak kiedyś. Mam głupie wrażenie, że znudziliśmy się sobą. Albo ja się znudziłam. Dopiero 2 lata, i mamy tak wytrzymać całe życie? Bez głębokich, poruszających rozmów? Ja tak nie mogę, nie lubię byle jakiego pitu-pitu. Muszę dyskutować, o pomysłach, o życiu, o wszechświecie. Czasem o polityce, o sensie istnienia, o religii, o tym dlaczego?
Nienawidzę pytania "co tam", "jak się masz"
Odpowiadam zawsze automatycznie, że nic ciekawego, albo, że mam się ok. I koniec.
Może to i moja wina, że nie mówię prosto z mostu, co mi w duszy gra. Może powinnam zaczynać te swoje poważne życiowe tematy. Ale jak można odpowiadać poważnie na tak zadane pytania? W ten sposób tylko wychodzę na śmiertelnie poważną sztywniarę.
I jest to też powód mojego złego współżycia społecznego. Nie umiem się zaprzyjaźniać z ludźmi, nie nawiązuję łatwo kontaktów. Bo ludzie są zbyt łatwi, a ja tego nie lubię.
Nie lubię ludzi nijakich, którzy ględzą o pierdołach. Dla mnie te pierdoły są nieistotne.
Pasjonuje mnie sztuka, film, muzyka, która porusza wszystkie organy wewnętrzne (a przede wszystkim serce i mózg). Nie znoszę plotkarstwa i prostactwa. A są one wszędzie. I jak tu się socjalizować, networkingować?
Ostatnimi czasy bardzo chodzi mi po głowie pan W. Wracają różne wspomnienia i żal. Myślę o tym co mogłoby być, słyszę jego głos, czuję dotyk i wręcz wracają mi motyle w brzuchu. To nienormalne.
Po dłuższym namyśle doszłam do wniosku, że to przez brak partnera do poważnych, dojrzałych rozmów. Zawsze tylko on był tym idealnym rozmówcą dla mnie. Mam wrażenie, że on jedyny mnie rozumiał i nadawał na tych samych falach. A jednak nie wyszło. Z pewnością dlatego, że za bardzo lubiłam mu się wyżalać i traktowałam jak koło ratunkowe, a nie jak mężczyznę -potencjalnego życiowego partnera. Zero tajemniczości we mnie było, same negatywne fluidy. Nie dziwota, że się zniechęcił.
Lgnęłam do niego jak dziecko, nie jak dojrzała dziewczyna. Nie byłam dla niego atrakcyjną kandydatką. Ale zawsze mogłam zostać przyjaciółką. Tak się nie stało, bardzo zaniedbałam nasze kontakty. Zawsze mam wyrzuty sumienia i roztrząsam na nowo w myślach - czy to lepiej, że się do siebie nie odzywamy, czy może lepiej byłoby się przyjaźnić? Nadal nie wiem. Nigdy już się nie dowiem. Pewnie już nigdy go nie usłyszę.
Wydaje mi się, że ciągle gdzieś w pobliżu mnie jest, a jednak się mijamy. Nawet nie wiem gdzie mieszka, gdzie pracuje, jakim samochodem jeździ. A i tak wypatruję go na ulicy.
Nawet śnił mi się, ten W, jakiś tydzień temu.
Bardzo chciałabym żeby powiedział mi coś mądrego. Żebym mogła się wygadać "na swoim poziomie".
M jednak nie jest wystarczająco dojrzały na pewne tematy.
Ostatnio więcej milczy niż mówi. Nie rozmawia nam się tak dobrze jak kiedyś. Mam głupie wrażenie, że znudziliśmy się sobą. Albo ja się znudziłam. Dopiero 2 lata, i mamy tak wytrzymać całe życie? Bez głębokich, poruszających rozmów? Ja tak nie mogę, nie lubię byle jakiego pitu-pitu. Muszę dyskutować, o pomysłach, o życiu, o wszechświecie. Czasem o polityce, o sensie istnienia, o religii, o tym dlaczego?
Nienawidzę pytania "co tam", "jak się masz"
Odpowiadam zawsze automatycznie, że nic ciekawego, albo, że mam się ok. I koniec.
Może to i moja wina, że nie mówię prosto z mostu, co mi w duszy gra. Może powinnam zaczynać te swoje poważne życiowe tematy. Ale jak można odpowiadać poważnie na tak zadane pytania? W ten sposób tylko wychodzę na śmiertelnie poważną sztywniarę.
I jest to też powód mojego złego współżycia społecznego. Nie umiem się zaprzyjaźniać z ludźmi, nie nawiązuję łatwo kontaktów. Bo ludzie są zbyt łatwi, a ja tego nie lubię.
Nie lubię ludzi nijakich, którzy ględzą o pierdołach. Dla mnie te pierdoły są nieistotne.
Pasjonuje mnie sztuka, film, muzyka, która porusza wszystkie organy wewnętrzne (a przede wszystkim serce i mózg). Nie znoszę plotkarstwa i prostactwa. A są one wszędzie. I jak tu się socjalizować, networkingować?
Komentarze
Prześlij komentarz